Albo się obudzisz, albo umrzesz za życia – mechanizm iluzji i zaprzeczeń.

Ja wcale nie mam problemu z alkoholem.

Mogę przestać pić, kiedy zechcę.

Znacie to? Ile razy wypowiadaliście te słowa? Bo ja niestety zbyt wiele razy.

Pijąc, znajdowałam się w bańce. W cieplutkim, otulonym mglą wnętrzu własnego alkoholowego otumanienia.

Bo kiedy żyły są pełne wódki, człowiek nie musi zajmować się swoimi emocjami. Może odetchnąć, zrelaksować się.

Ale przecież to jest tylko na teraz, bo teraz czuję za dużo. Za mocno. Kiedy emocje opadną, to nie będę musiała pić. Wstanę i zacznę żyć. To przecież może stać się już jutro. Jutro na pewno się nie napiję.

Od jutra nie piję.

Moja największą alkoholowa iluzja. Że dam radę, bo życie przecież nie może boleć tak strasznie cały czas.

Ale bolało.

Nie przepracowane emocje budowały tamę w moim wnętrzu. Tamę, która czasami pękała i wtedy cały ten szlam wylewał się na moich bliskich. 

Bliskich, którzy coraz wyraźniej widzieli to, czego ja nie przyjmowałam do wiadomości. Martwili się, próbowali mnie obudzić, przetłumaczyć, wstrząsnąć mną.

Ale ja tego nie widziałam. Nie chciałam tego poczuć, bo musiałabym się narazić na starcie z własnym wewnetrznym światem, w którym było za dużo emocji.

W którym było za dużo mnie.

A więc lepiej było mi iść w zaparte. Nie mam problemu. Kontroluję to. Inni piją więcej i częściej. Zasłużyłam na drinka.

Wszystko to zdania budujące mi piękną iluzję. Wiele lat kryłam się za nimi. Wiele słów wypowiedziałam w obronie własnego picia. Po to tylko, bo móc dalej nie czuć.

Odizolować się i płynąć dalej obok własnego życia.

Iluzja kontroli w chorobie alkoholowej to najczęstsza maska zaprzeczenia. Dawała mi złudne poczucie mocy, kiedy w rzeczywistości nad moim życiem kontrolę już dawno przejął alkohol.

To tak, jakbym tonęła, a wmawiała sobie, że to tylko kąpiel.

Mechanizm iluzji i zaprzeczeń wydawał mi się sposobem na przetrwanie, a tak naprawdę był moja autodestrukcją.

To tylko wymówka do dalszego picia, bo kiedy tak to sobie ładnie potrafiłam poukładać w głowie, że alko to mój przyjaciel i jedyny sposób na ukojenie nerwów, stawiałam się w sytuacji: chcę pić dalej.

Krzywdziłam siebie odbierając sobie prawo do odczuwania emocji.

Krzywdziłam innych, kiedy te emocje wylewały się ze mnie w sposób niekontrolowany.

I na dodatek wmawiałam wszystkim wokół, że to ich wina, że przez nich piję.

Bo to, bo tamto, bo świat, zdarzenia, ludzie i ja jestem nieszczęśliwa z powodu tego, co mnie w życiu spotyka. Więc mam prawo się napić, ale problemu z tym nie mam.

Bo przecież od jutra nie piję.

Tylko ze jutro nigdy nie nadchodzi. Za to nadchodzi moment, kiedy iluzja pęka. Następuje duchowe trzęsienie ziemi i cały misterny system kłamstw i usprawiedliwień nie jest już w stanie utrzymać ciężaru prawdy.

Alkohol już nie koi, nie pomaga zasnąć, nie przynosi ulgi, tylko pustkę i wstyd.

Uczyli mnie na terapiach, że to jest moment, kiedy alkoholik osiąga swoje dno. I albo się od niego odbije, albo utonie.

Czasami jest to zdarzenie z zewnątrz, rozpad związku, utrata dziecka, pieniędzy. Wypadek, utrata domu.

Albo po prostu człowiek podnosi się po ciągu i ogląda w lustrze kogoś obcego. Zmienioną, przepitą, opuchnietą twarz i pyta: kim jestem?

A czasami nie jest w stanie nawet dojść do lustra. I to jest właśnie ten moment, kiedy prawda staje się zbyt głośna, by ją uciszyć.

I wtedy pojawia się pewność, że to nie jestem ja. Że nie chcę tak żyć i to nie jest spokój, którego szukam.

Spokój znajduje się gdzie indziej, nie na dnie butelki.

I to właśnie ta maleńka luka w murze zaprzeczeń. Ten mikroskopijny błysk świadomości sprawił, że zaczęłam iść w kierunku trzeźwego, pełnego życia.

Nie było u mnie dramatów życiowych, była jedynie iskra, dziura w skorupie, przez którą zaczęło do mojego serca na pływać światło.

Właśnie wtedy mój mechanizm iluzji i zaprzeczeń zaczął się rozpadać na kawałki, a ja zamiast: chcę pić dalej, poczułam, że: nie chcę już pić nigdy więcej.

W ten sposób moja dusza zaczęła odzyskiwać głos. Pokazała się spod gruzów wstydu, lęku i odrętwienia. Pękła bańka, w której się znajdowałam od lat.

I to bolało.

Ale ten ból był bólem odrodzenia, nie śmierci.

To był pierwszy oddech prawdy.

„Słuchaj…

Nie zasnę, nie zniknę,

ja wstaję w swojej mocy

A to, co wydaje się pustką

jest pełnią, która się jeszcze nie odsłoniła”.

Hekate888

Namaste.

👉Hekate888: BUM…BUM… Twoje serce to święty bęben. Pieśń o mocy bólu, który otwiera rany.

👉Cz. 1: Nałogowa regulacja uczuć. Ucieczka.

👉Buduję Arkę bo wiem, że potop już był.

👉HALT – kiedy dusza mówi: zatrzymaj się, zanim się zatracisz.

2 uwagi do wpisu “Albo się obudzisz, albo umrzesz za życia – mechanizm iluzji i zaprzeczeń.

Dodaj komentarz