Alkoholik – menel, żul, lump, pijaczyna, męt, moczymorda, opój, szumowina.
Kto wstaje rano w zdrowiu, w sile i energii i postanawia zostać moczymordą?
Kto świadomie postanawia zruinować życie sobie i bliskim?
Nikt.
I ja też tego nie zrobiłam.
Nie wezmę odpowiedzialności za to, że dostałam chorobę, o którą nie prosiłam.
Nie będę do końca życia winić się za skutki tej choroby.
Flaszka i bęc na łóżko.
I zawsze po pierwszych chwilach błogiej ciszy nachodziły mnie dręczące mysli: dlaczego ja?
Obserwowałam otoczenie. Moje koleżanki wychodziły za mąż, rodziły dzieci, budowały domy i spełniały się zawodowo. Stroiły, malowały i latały na wakacje na Teneryfę.
A ja, spuchnięta i rzygająca, z wypisanym na czole tekstem najgorszy człowiek na świecie maniakalnie zastanawiałam się, dlaczego ja?
DLACZEGO JA???
Nikt nie wybiera takiego życia. Nikt nie wybiera choroby. Alkoholik to osoba odczuwająca przymus picia. Neurotoksyna zmienia mózg i nie byłam już tym człowiekiem, którym chciałam być.
Krzyczałam, biłam, demolowałam, płakałam i nie byłam w stanie zrozumieć, dlaczego to robię.
Przecież tego nie chciałam.
Postrzegałam więc siebie jako istotę słabą, nie potrafiacą sobie poradzić ze swoim problemem.
Widziałam siebie jako kogoś gorszego od innych, najbardziej plugawe ze wszystkich stworzeń, zapomniane przez Boga i znienawidzone przez ludzi.
Ale kiedy tylko próbowałam przestać pić, ogarniał mnie lęk tak wielki, że w piekle byłoby mi lepiej.
I te myśli: nie dasz rady, nie potrafisz, jesteś wybrakowana, jesteś skazana na porażkę.
Zdechnij sobie tutaj, bo twoje życie jest nic nie warte. To tylko symbioza lęku i cierpienia nie do opisania. Bo nie da się opisać bólu, jaki wiąże się ze świadomością, że ranię siebie i innych i nie potrafię nic z tym zrobić.
Ten ból byl tak wielki, że jedynym sposobem na jego okiełznanie było zamknięcie go we flaszce, która dawała chwilową nieświadomość.
Bo świadomość popełnianych krzywd potrafi zabić w człowieku jakąkolwiek siłę walki.
Wydawało mi sie, że mój świat jest nie do naprawienia. Że dziura pomiędzy mną a innymi ludźmi jest nie do zasypiania.
Że nigdy nie będę taka jak inni.
I to akurat okazało się jedyną prawdą w tym całym moim pijackim, syfiastym życiu.
Nigdy nie byłam i nie będę taka jak inni.
Alkohol pozbawił mnie wielu rzeczy, ale też kilka dał, niejako przypadkiem.
Nauczył mnie wstawać z kolan za każdym razem, kiedy upadłam.
Nauczył mnie walczyć z moim słabym, pijanym ciałem i dzien po dniu pokonywać samą siebie.
Jest to rozwoj, którego z miejsca czynnego nałogu jakoś nie widać, ale zaczyna się go dostrzegać w momencie, kiedy zapada decyzja o zaprzestaniu picia.
Wtedy okazało się, że to, co pozwalało mi po zachlanej nocy wstać i funkcjonować, to siła, którą moge wykorzystać w budowaniu nowego życia.
Bo w miejscach, gdzie inni upadali, by już nie wstać, ja szłam dalej, nauczona latami walki przezwyciężać własne słabości.
Wprowadzać w ruch bezładne ciało, które chciało tylko spać. Przekierować pijane z bólu myśli na codzienne tory.
Walczyć dalej o każdy dzień, mimo że już dawno nie miałam na to siły i ochoty.
Bo moja choroba uświadomiła mi, jak bardzo kocham życie i jak bardzo chcę żyć życiem wartosciowm i spełnionym. Nie bylejakim.
Dzisiaj z perspektywy czasu uważam, że ta choroba była moim darem. Najwyższym przejawem miłości Boga, który pokazał mi: patrz, jaka jestes silna! Patrz, jak potrafisz walczyć o siebie! Patrz, naprawdę warto to robić.
Wyjazd na wakacje na Teneryfę, poukładane życie rodzinne i grono przyjaciółek jest niczym w porównaniu z pewnością, że skoro miałam siłę wstać, zawalczyć z neurotoksyną, zmierzyć sie z własnymi chorym umysłem i wygrać, jestem w stanie wygrać w życiu wszystko, bez względu na to, jak ciężkie chwilę przyniesie mi los.
„Ten, kto pokonuje innych, jest silny.
Ten, kto pokonuje samego siebie, jest potężny.”
Lao Tzu
Ubuntu.
