Bierzesz pierwszy łyk i jesteś panem świata.
Znasz to uczucie?
Rodzi się błogostan. To, co ciągle wyje w środku, nagle cichnie. Można odetchnąć. Kolory są jakby żywsze, ludzie ciekawsi, a impreza, która jeszcze przed chwilą wydawała się nudna, staje się najlepszą w tym miesiącu.
Tylko że na drugi dzień trzeba jeszcze wstać i żyć.
Bo świat nie poczeka, aż skacowani wyleczą kaca.
Więc niektórzy wstają, klinują i impreza trwa nadal. Zjeżdżają po równi pochyłej uzależnienia i jeszcze nie wiedzą, że zaraz przydzwonią w dno.
A dno uzależnienia często jest bliżej, niż nam się wydaje.
Każdy spada po swojemu. Nikt Ci nie powie, czy jeszcze zjeżdżasz, czy może już przywaliłeś, ale siniaki nie zdążyły się jeszcze pojawić, więc pozornie wszystko gra.
Zdemolowałam pokój.
Rozbijałam wszystko, co wpadło mi w ręce. Rzucałam ukochanymi przedmiotami, jakby nie miały dla mnie żadnej wartości. Krzyczałam i wyzywałam bliskich. Bo ktoś nadepnął mi na odcisk, kiedy byłam pijana.
Wywalono mnie z roboty.
A raczej nie zaproponowano mi przedłużenia umowy. Bo znalazły się osoby, które poczuły ode mnie alkohol w pracy. I naprawdę trudno było nie poczuć. Więc moja ciepła, państwowa posadka zniknęła jak sen nocy letniej.
Rozjechałam kota.
Pędząc do pracy nad ranem. Nie wiadomo, czy jeszcze pijana, czy już skacowana. Zginęło zwierzę, a ja nawet nie obejrzałam się za siebie. Bo moje marne pijackie życie okazało się ważniejsze. Bo lęk przed tym, że kiedy się zatrzymam i ktoś też to zrobi, wyczuje ode mnie wódę i zadzwoni na policję, był większy niż lęk o to biedne stworzenie.
Narobiłam długów.
Bo przecież musiałam pokazać światu, że jestem ogarnięta, że świetnie sobie radzę. I patrzcie, ja jadę tu i tam, a wy siedzicie w domu, bo was nie stać. Wszystko na kredyt. Wszystko za cudze.
Spłacam te długi do dziś.
Gdzie było moje dno?
Te sytuacje oddzielały od siebie lata.
Nie zostałam postawiona pod ścianą, nie straciłam nagle wszystkiego. Nie stałam się bezdomna. Nie porzuciła mnie rodzina.
A jednak straciłam wszystko.
Powoli, lecz systematycznie traciłam to, co było najistotniejsze.
Nie rzeczy materialnie, ale to, co naprawdę definiuje człowieka.
Odwagę, żeby przyjąć prawdę od bliskich i szczerze zastanowić się, czy nie mają racji, zamiast w szale i urazie demolować wszystko wokół.
Odpowiedzialność za powierzone mi stanowisko pracy. Za zaufanie, jakim mnie obdarzono.
Miłość do bliżnich, do wszelkiego żywego stworzenia. Miłość, która wyraża się troską i opieką.
Straciłam kontrolę nad finansami. Mój los powierzyłam po pijaku komornikom, którzy chcą mi zabrać wszystko i jeszcze więcej.
To jest ten błogostan pierwszego łyka?
To jest ten kolorowy świat?
Gdzie jest dno?
Często czekasz na nokaut od jednego ciosu. Nie widzisz, że od dawna już leżysz i kwiczysz.
Że gówno jest już tak wysoko, że zaczyna zalewać Ci twarz.
Dno jest sumą wszystkich sytuacji, w których wybierasz łatwe i szybkie wyjście.
Kiedy oddajesz sprawczość.
Kiedy gardzisz odwagą.
Kiedy za nic masz miłość — jedyne uczucie, o które naprawdę warto walczyć.
Szukasz nadal swojego dna?
Ile jeszcze wytrzymasz?
Jak długo potrafisz tkwić w gównie bez oddechu?
Czy naprawdę musisz stracić wszystko, żeby zechcieć zawalczyć o siebie?
Im dłużej ignorowałam swoje dno, tym więcej teraz muszę włożyć wysiłku, żeby zbudować wszystko na nowo.
Żeby stanąć przed lustrem i powiedzieć, dobra, wielu rzeczy już nie ma, ale ja nadal jestem.
Ja jestem.
Jedyna istota, z którą spędzę każdą sekundę reszty mojego życia.
Kogo będę oglądała codziennie w lustrze?
Nadal wojnę, zniszczenie i śmierć, czy może wreszcie czystą miłość?
Dnem jest każda rzecz, którą robimy przeciwko sobie i innym.
Tylko od Ciebie zależy, w którym miejscu się zatrzymasz.
Czy to będzie jeszcze wtedy, kiedy da się coś uratować, czy z uporem masochisty poczekasz, aż zostaną same zgliszcza?
Ja wybrałam trudne, trzeźwe, odpowiedzialne życie.
A Ty kogo chcesz zobaczyć w lustrze?
👉HALT – kiedy dusza mówi: zatrzymaj się, zanim się zatracisz.
